Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

25 marca 2021

Ratio, empeirίa, pragma, uniwersum – w poszukiwaniu komunikacyjnej precyzji

40

Celem poniższych uwag jest zasygnalizowanie wybranych systemów filozoficznych, zaś kluczem dla ich prezentacji jest zaangażowanie w problematykę dotyczącą języka i komunikacji. Przedstawione zostaną koncepcje o rozmaitej metodologii odnośnie do zagadnienia komunikacyjnej precyzji.

Niemiecki racjonalizm doszukiwał się tejże w rozumowych operacjach, skutkujących logicznym uporządkowaniem „chaosu” zewnętrznych bodźców i dających tym samym nadzieję na zrozumiałość przekazów. Inaczej rzecz miała się w brytyjskim empiryzmie, który – ubolewając nad przesadnie rozbudowanymi strukturami językowymi – upatrywał komunikacyjnej precyzji w redukowaniu wypowiedzi do referowania stanów i treści zmysłowych. Pragmatyzm posunął się jeszcze dalej i dowodził, że myśli można uczynić jasnymi wyłącznie poprzez ich upraktycznienie oraz zastosowanie w czynie. A może klarowność komunikatów tkwi jeszcze gdzie indziej? Takie właśnie, kolejne już, nadzieje rozbudził nurt romantyczny, próbujący łagodzić rysujący się w świecie egzystencjalny rozdźwięk, odwołując się zarazem w tym szczytnym dziele do uniwersalnego języka przyrody, kotwiczącego głównie w emocjonalnych pokładach człowieka.

Rzecz i słowo w racjonalizmie

Poszukiwanie komunikacyjnej precyzji rozpoczniemy od założeń „przewrotu kopernikańskiego”, dokonanego przez Immanuela Kanta (1724 – 1804). Mędrzec z Królewca niewiele pisał na temat  języka i jego komunikacyjnej roli, tym niemniej olbrzymi wpływ na powyższe zakresy wywarła jego metodologia wiedzy. Późny Kant pyta przede wszystkim nie tyle o świat zewnętrzny, ile o możliwości poznawcze tegoż świata, a także o kompetencje w tym względzie naszych duchowych władz. Punkt ciężkości jego zainteresowań został tedy przesunięty z problematyki ontologicznej na teoriopoznawczą. Pełne rozwinięcie powyższego pomysłu nastąpiło w 1781 roku w obszernym i doniosłym dziele, pt. Krytyka czystego rozumu. Propozycja Kanta polegała na odwróceniu relacji podmiot-przedmiot, z jednoczesnym wskazaniem na przewagę podmiotu w procesie poznawczym. W "Przedmowie" do drugiego wydania wspomnianego dzieła autor (powołując na zabieg dokonany ongiś przez Kopernika) sugeruje, aby spróbować, „czy się nam lepiej nie powiedzie przy rozwiązywaniu zadań metafizyki, jeżeli przyjmiemy, że to przedmioty muszą się dostosowywać do naszego poznania"1.

Kantowska teoria poznania bazuje na aprioryzmie (racjonalizmie metodycznym). Jest to metoda przeciwstawna ujęciom empirycznym. Głosi ona, że w procesie poznania „chaotyczny” materiał zmysłowy „wlewa” się do istniejących wcześniej i jeszcze pustych kategorii i form oglądu, „zastygając” w nich oraz przyjmując w rezultacie kształt narzucony przez umysłową „architektonikę”. Ostatecznie świat naszej wiedzy przypomina w małym stopniu rzeczywistość istniejącą na zewnątrz, jako że materiał doświadczalny podlega podmiotowemu formowaniu i czyni zadość apriorycznym wymogom ludzkiej duchowości.

Metodologia Kanta inspirowała wielu późniejszych myślicieli w ich poszukiwaniu komunikacyjnej precyzji. Według neokantystów nasze komunikaty nie dotyczą zewnętrznych „rzeczy samych w sobie”, lecz są nośnikiem informacji o świecie logicznych „zjawisk”, czyli konstruktów powstających za pomocą apriorycznych narzędzi podmiotu. O „rzeczach samych w sobie” nic nie wiemy (i wiedzieć nie będziemy), znamy natomiast „zjawiska”, które tym samym mogą stanowić treść prawdziwych i precyzyjnych przekazów komunikacyjnych. Na bazie apriorycznej metodologii, jak dopowie później Ernst Cassirer (1784 – 1945), powstaje – nie oddająca świata substancjalnego lecz społecznie funkcjonująca – kultura symboliczna, obejmująca m.in. słowa i struktury językowe. Za pomocą języka komunikujemy rozumnie, a także prawdziwie, ponieważ sami konstruujemy to, o czym komunikujemy. Cassirer wykazuje nikłą dbałość o świat substancjalny, koncentruje się natomiast na wewnątrz podmiotowych, autonomicznych symbolach. Przytoczmy niezwykle istotne sformułowanie neokantysty na ten właśnie temat: „Język nie wkracza do świata gotowego oglądu przedmiotowego, aby tu do danych i wyraźnie od siebie oddzielonych rzeczy dodać jeszcze tylko ich ‘nazwy’…, lecz jest sam środkiem tworzenia przedmiotowego, w pewnym sensie tym środkiem, najważniejszym i najdoskonalszym instrumentem dla pozyskiwania i budowy czystego świata przedmiotowego”2.

„Ołowiana” propozycja empirystów 

Odmienne od powyższego kryterium komunikacyjnej jasności przyjęła kultura wyspiarska. Najogólniej rzecz ujmując, Brytyjczykom idzie głównie o to, aby podchodzić sceptycznie do ustaleń płynących z operacji czysto logicznych, na rzecz zawierzenia treściom pozyskiwanym ze zmysłowego kontaktu z otoczeniem. Albo jeszcze inaczej – przekazywać w komunikatach wolno tylko takie informacje, które powstają i mieszczą się w podmiotowych organach zmysłowych.

Empiryczny trend widać już w późno barokowej twórczości Franciszka Bacona (1561 – 1626), dla którego tożsamość stanowiły „wiedza i potęga ludzka”. Tę pierwszą należy, według niego, uwolnić od wszelkiego, głównie racjonalnego fantazjowania, która to metoda wiedzie łatwo ku ułudzie i fałszowi. W metodologii wiedzy proponuje indukcję, czyli postępowanie od „szczegółu do ogółu”, stanowiące najbardziej pewną drogę wiodącą do poznania prawdziwego (stanowisko Bacona nazywamy stąd „empiryzmem metodycznym”). W niewielkim szkicu: O prawdzie przypomniany zostaje biblijny przekaz, iż „pierwszym dziełem Boga było światło zmysłów, ostatnim – światło rozumu…”3. Jednoznaczną postawę przyjmuje Bacon w swym głównym dziele z 1620 roku: Novum organum, w którym zostaje niejako ugruntowana empiryczna mentalność Anglika. W 104 aforyzmie Bacon „podcina” rozumowi skrzydła, obciążając go ponadto „ołowiem” oraz przykuwając tym samym do faktów i konkretów.

W kontekście swej fascynacji zmysłami i metodą indukcyjną wskazuje Bacon na przyczyny, będące poza zmysłowym źródłem poznawczego zafałszowania. Owe czynniki gmatwające wiedzę nazywa „idolami” („fantomami”), a wśród nich wymienia idole „rynku”. W interesującym nas tu problemie komunikacyjnej jasności nabierają one szczególnego znaczenia. Przez szeroko rozumiany rynek płynie strumień komunikatów, wypracowywane są teorie i strategie językowe, powstają słowa oraz tworzone są ich wciąż nowe, niekiedy wypaczone sensy. Powyższe zjawiska krępują postęp wiedzy i szkodzą prawidłowemu procesowi poznawczemu. Dzisiaj, zgodnie z najnowszą terminologią, dookreślilibyśmy intencję Bacona następująco: odrywanie się podmiotu od wrażeniowych pierwowzorów, z drugiej zaś strony swoboda w stosowaniu słów oraz naginanie znaczeń dla indywidualnych i komercyjnych potrzeb wprowadza do międzyludzkich relacji „szum komunikacyjny”.  Albowiem „zły i niezręczny dobór wyrazów w dziwny sposób krępuje umysł… Słowa całkowicie zadają gwałt rozumowi, wszystko mącą i przywodzą ludzi do niezliczonych jałowych kontrowersji i wymysłów”4.

Empiryczny trop w poszukiwaniu jasności wypowiedzi podejmuje, i to w zradykalizowanej postaci, George Berkeley (1685 – 1753). Nie tylko poznanie, ale wręcz istnienie poznawanych bytów sprowadza on do świadectwa zmysłowego. Zgodnie z założeniem: „esse est percipi” powstaje skrajna odmiana empiryzmu, określana dzisiaj mianem „sensualizmu”, przekładająca się zresztą łatwo na komunikację językową. Otóż zgodnie z postulatami sensualizmu (jakże odmiennymi do niemieckiego racjonalizmu), podmiotowi znane są jedynie wrażenia zmysłowe, tylko im może zawierzyć, zarówno na płaszczyźnie teoriopoznawczej, jak i, co w tym przypadku jest ważne i szczególne, w sferze ontologicznej. Nie wolno posuwać się w tej działalności zbyt daleko i wyciągać pochopnych wniosków odnośnie do poza podmiotowego istnienia przedmiotów. Identyczna zasada funkcjonuje w aktywności komunikacyjnej. Z całą pewnością, bez narażania się na komunikacyjny błąd mogę powiedzieć: „słyszę, że jedzie samochód”, który to komunikat wszakże nie oznacza bynajmniej: „samochód jedzie” (nie jest równoznaczny z „jadącym gdzieś obiektywnie samochodem”).  Postrzeganie czegoś „tu i teraz”, jak również komunikowanie tego wrażeniowego faktu, nie upoważnia podmiotu do konstruowania ogólnych wniosków (oraz do komunikowania) odnośnie do realnej egzystencji postrzeganych stanów rzeczy. Celem zapewnienia komunikacyjnej precyzji rozmówcy powinni ograniczać się jedynie do relacji na temat stanu zmysłów, ponieważ nigdy nie zachodzi całkowita pewność odnośnie do realności świata poza zmysłowego.

Berkeley jest komunikacyjnym nominalistą – w tak zwanym sporze o uniwersalia nie uznaje pojęć ogólnych, którym, jak chociażby u Arystotelesa, przysługiwałaby jakaś obiektywna rzeczywistość. Za słowem „człowiek” nie kryje się  „człowiek w ogóle”, człowiek „bez właściwości” –  wręcz przeciwnie: „idea człowieka, którą sobie tworzę, musi być ideą człowieka białego albo czarnego, albo śniadego, prostego czy zgarbionego, wysokiego, niskiego czy też wzrostu średniego. Ale żadnym wysiłkiem myśli nie potrafię sobie przedstawić wyżej opisanej idei abstrakcyjnej”5.

Berkeley zgadza się na istnienie  jedynie takich abstraktów, które odpowiadają etymologicznemu sensowi tego słowa. Termin abstraho oznaczał w języku łacińskim czynność „odłączania”, „odciągania” czy „odrywania”. Powołując się na taki właśnie fakt językowy, Berkeley „może rozważyć rękę, oko, nos, każde z osobna wyabstrahowane, czyli wyodrębnione z reszty ciała. Ale jakkolwiek bym sobie rękę albo oko wtedy wyobraził, muszą mieć one jakąś określoną postać i barwę”6.

Klarowność w działaniu

Kolejnych nadziei na komunikacyjną precyzję dostarcza amerykański pragmatyzm. Powstawał on w okolicznościach szczególnych, związanych z zasiedlaniem zaoceanicznego kontynentu przez nowych przybyszy. Zważmy - nie witały ich rodziny czy przyjaciele, nie zapraszały gościńce, hotele czy „prywatne kwatery”. Za oceanem rozciągała się etniczna, gospodarcza i kulturowa pustka. Zamiast dialogu górnolotnych dyskusji potrzebny był czyn, mogący szybko sprostać egzystencjalnym, aktualnym sytuacyjnym wymogom. Taki też wydźwięk przyjmuje amerykańska filozofia, która w sposób umiejętny wychwytuje tamten antyintelektualizm i która w miejsce teorii proponuje kulturę „działania” (gr. pragma). Za twórcę pragmatyzmu uznawany jest Charles Sanders Peirce (1839 – 1914). Istotny w kontekście niniejszych rozważań jest fakt, iż poczesne miejsce w „filozofii skutecznego czynu” Peirce’a zajmuje refleksja nad komunikacją językową, dokładniej – co oczywiste – nad jej społeczną przydatnością. Inaczej mówiąc – amerykańska filozofia dostrzegła rychło i rozwinęła systemowo ścisły związek praktycznej efektywności z umiejętnością komunikacji. Stanowisko powyższe znalazło swój systematyczny wyraz w szkicu Peirce’a z 1878 roku, zatytułowanym: ”Jak uczynić nasze myśli jasnymi. Zawarte w nim uwagi stanowią, zasygnalizowaną wyżej receptę na umiejętność kodowania oraz dekodowania językowych komunikatów z perspektywy ich praktycznych konsekwencji w codziennych aktywnościach. „Aby całkowicie zrozumieć znaczenie jakiejś myśli – czytamy we wspomnianym szkicu – wystarczy ustalić, jakie reguły postępowania z niej wynikają, bowiem znaczenie czegokolwiek i wynikające z tego czegoś reguły postępowania to jedno i to samo”7. Według tej o znaczeniu (w konsekwencji o rozumieniu) przekazów nie decyduje ich strona werbalna, lecz wyłącznie sens przekuty w praktykę. Treść komunikatów językowych sprowadza się do wpływu, jaki wywołują one na zachowania współrozmówców, a zatem, jak napisze Peirce kilkanaście lat później: „jeśli ktoś zdoła dokładnie ustalić wszystkie zjawiska, które mogą pojawić się na skutek przyjęcia lub odrzucenia jakiegoś pojęcia, to uzyska tym samym pełną definicję pojęcia i poza tym absolutnie nic nie jest w nim zawarte”8.

Zdanie: „węgiel jest paliwem” nie powinno się rozważać czysto teoretycznie, przytaczając chociażby wzory chemicznych pierwiastków oraz zachodzących między nimi reakcji. Należy je rozumieć w kontekście sytuacyjnych reguł postępowania i przydatności w określonych sytuacjach: „jeśli rozpalę węgiel, mogę ugotować nad nim strawę (lub ogrzać zmarznięte ręce, itp.)”. Skonstatujmy – pragmatyczna zasada rozumienia komunikatów nosi znamiona precyzji. Peirce odnosił przecież językowe komunikaty do obiektywnie istniejących stanów rzeczy, proponując jedynie takie rozumienie przedmiotu oraz podmiotowej do niego relacji, w której podmiot potrafi, komunikacyjnie i hermeneutycznie, wyinterpretować z przedmiotu aspekty korzystne z punktu widzenia egzystencjalnej praktyki.

Pragmatyzm uległ wszakże burzliwej przemianie, który to fakt nakazuje ostrożność w akceptacji głoszonych w jego ramach postulatów komunikacyjnych. Współczesny Peirce’owi oraz jego kontynuator, William James (1842 – 1910) usubiektywnił mianowicie omawianą metodę, sprowadzając ją na pozycje relatywizmu, woluntaryzmu oraz irracjonalizmu. James nie pytał – jak jego poprzednik – o rozumienie komunikatów tyczących się obiektywnych stanów rzeczy, nie obchodziła go zatem „jasność” językowego przekazu. Skoncentrował się natomiast na definiowaniu „prawdy”, która, dzięki osobliwemu jej pojmowaniu, miała stać się podstawą indywidualnej skuteczności. W Jamesowskiej wersji pragmatyzmu prawda oddala się wyraźnie od swej „klasycznej” (Arystotelesowskiej) definicji, w myśl której prawdziwymi są takie stwierdzenia, które odpowiadają obiektywnemu stanowi rzeczy. U Jamesa nosi piętno ludzkiej interpretacji, staje się formą wartości, wiąże się z nieustannym osądzanie stanów rzeczy jako „dobre” i „złe”, „piękne” i brzydkie”, „prawdziwe” i „błędne” (tym samym „przydatne” lub „nieprzydatne” w codziennej praktyce). „Prawda jest jednym z gatunków dobrego – pisze James – nie zaś, jak zwykle się przyjmuje, kategorią odmienną od dobrego…”9. Co, więcej – prawdziwą jest tylko ta myśl (komunikat językowy), która jest użyteczna i która daje człowiekowi jakieś korzyści. Posiadanie więc prawdy, w przeciwieństwie do deskrypcyjnych ujęć intelektualistycznych, nie jest celem samym w sobie, lecz tylko narzędziem do działania, bądź środkiem do osiągnięcia życiowych sukcesów. Idee (komunikaty) jako takie nie są ani prawdziwe ani fałszywe; o prawdziwości decyduje ich przydatność dla konkretnego podmiotu w konkretnej sytuacji.

Środowiskowa harmonia?

W poszukiwaniu komunikacyjnej precyzji warto pochylić się nad jeszcze inną propozycją filozoficzną. Wypływa ona z koncepcji romantyzujących, próbujących pojednać poszczególne fragmenty świata. Z naszych dotychczasowych wywodów wyłaniają się określone mankamenty w komunikowaniu zdobytej wiedzy, mogące być rezultatem specyficznych (nierzadko błędnych) ujęć antropologiczno-filozoficznych. W większości definicji homo wyodrębnia się na ogół jedną cechę (erectus, faber, rationalis…), która  ma odróżniać (wywyższać?) człowieka od otoczenia. W konsekwencji takich definicyjnych propozycji człowiek staje się istotą obcą wobec przyrody i jest tejże wręcz przeciwstawiany. Poznawczy i komunikacyjny redukcjonizm został skrytykowany przez filozofię romantyzmu, zwłaszcza na przełomie XVIII. i XIX. wieku. Olbrzymie zasługi w tym względzie położył Friedrich Wilhelm Joseph Schelling (1775 – 1854), który już w 1795 roku w swym bardzo wczesnym szkicu pt.: „Neue Deduktion des Naturrechts” (Nowe rozumienie prawa przyrody) ogłasza swoisty program romantyzmu: „Skoro mam realizować to co bezwarunkowe, musi ono przestać być dla mnie przedmiotem. Muszę... absolutny byt, ujawniający się w każdym istnieniu, traktować jako identyczny ze mną samym10. W świetle powyższego sformułowania świat staje się „uniwersum”, jest „jednym” – tożsamym w każdej swej części, identyczny w duchu i materii. W tak rozumianą „całość” został także wkomponowany człowiek, którego możemy tedy 

(dopowiadając romantyków) nazwać homo universus. Biorąc pod uwagę jego świadomą postawę proprzyrodniczą można też, stosując późniejszą terminologię, określić go jako homo ecologicus. W namyśle nad przyczynami dzisiejszej środowiskowej zapaści romantycy wskazują na alienację człowieka z otoczenia, osiągającą swoje apogeum w racjonalizmie oraz empiryzmie oświeceniowym. Należy zatem restaurować dawne umiejętności komunikacyjne, mogące w ogólnoprzyrodniczym dialogu pojednać rozchodzące się części uniwersum. Zasadniczy wysiłek romantyków zmierza w kierunku odnowy tamtego, dziś zapomnianego języka. Najogólniej był to, według nich, język wyzbyty logicznej precyzji, silny natomiast uczuciem i bogaty w (przyrodnicze) atrybuty rymu, rytmu i melodii. I co najważniejsze – był to język znany również ludziom, dzisiaj wszakże zapomniany i wymagający rekonstrukcji. Romantycy podkreślają walory komunikacyjne muzyki (Ritter, Hölderlin), ale rozważają też chętnie język sennych marzeń (Novalis), czy nawet chorobowej maligny (Schlegel). Wysoko cenią komunikacyjne sprawności poetów, którzy za sprawą stosowanego przez nich języka, potrafią  „... obudzić tajemne życie lasów, ukryte w pniach duchy, w dzikich, opustoszałych terenach ożywić martwe nasiona roślin i wyczarować kwitnące ogrody, oswajać straszne zwierzęta oraz nawracać dzikich ludzi ku porządkowi i moralności, wzniecać w nich subtelne skłonności ku sztuce i pokojowi, przemieniać rwące rzeki w łagodne wody, a nawet porywać w rytmiczny tan najbardziej martwe kamienie”11. W poszukiwaniu utraconej komunikacji romantycy przestrzegają człowieka przed zbytnim zawierzeniem swojej logice i empirii, w rezultacie których słane przez przyrodę lecz przez nas niezrozumiałe sygnały mogą stać się naszymi dzwonami pogrzebowymi.

Romantykom z tamtych lat wtórują dzisiaj wielcy filozofowie, których, z uwagi na ich językowo-komunikacyjne propozycje, możemy nazwać neoromantykami. Należą do nich przykładowo Marin Heidegger (1889 – 1976) czy Hans-Georg Gadamer (1900 – 2002). Artykułowane dźwięki nie są, według nich, optymalnym narzędziem poznawczym i komunikacyjnym, natomiast wiele możemy doświadczyć i się nauczyć poprzez „ciszę”, „milczenie” i „nasłuchiwanie”. Taki – otwarty na otoczenie – język dokonuje  pojednania człowieka z przyrodą, umożliwia nasze „In-der-Welt-Sein”, nasze „bycie-w-świecie”.

„Słuchanie... jest egzystencjalną otwartością istnienia (Dasein) jako współistnienia dla kogoś drugiego. Słuchanie konstytuuje wręcz pierwotną i właściwą otwartość istnienia dla swej własnej możliwości bycia, jako słuchanie głosu przyjaciela, noszącego każde istnienie w sobie. Istnienie słyszy, ponieważ rozumie”12.

Romantycy i ich dzisiejsi kontynuatorzy chętnie wskazują na język, „którym mówią rzeczy”, wspominają poetyckie metody komunikacji, w których, jak stwierdzają z nostalgią, „mowa 

codzienna jest zapomnianym i dlatego zużytym wierszem, z którego ledwo jeszcze pobrzmiewa wezwanie”13. Powstaje homo communicativus, a w końcu, homo universus, wsparty na powszechnej dialogowej sprawności i tym samym świadom swej jedni z przyrodą.   

Podsumowanie

Wskazaliśmy na kilka propozycji komunikacyjnych, zwłaszcza zastosowany w nich sposób oddawania przedstawianej rzeczywistości. Różnie pojmowana jest droga ku skuteczności oraz precyzji przekazów. Niemcy postawili w tym względzie na rozum i logikę, Brytyjczycy zawierzyli zmysłom. Jeszcze inaczej omawiany problem wygląda w pragmatyzmie, gdzie jasność myśli jest gwarantowana przez umiejętność działania za ich sprawą. Wywody uzupełnia podejście (neo)romantyczne, dostrzegające człowieka wplecionego, zwłaszcza (co nas tu najbardziej interesuje) pod względem językowo-komunikacyjnym, w otoczenie i nazwanego przez nas „homo universus”. Napawa ono, przynajmniej umiarkowaną, nadzieją na wyciszenie komercyjnego, technokratycznego i cywilizacyjnego pędu, z jednoczesnym uświadomieniem sobie potrzeby głębszej refleksji nad istotą świata oraz nad rolą w nim gatunku homo.

 

 

Przypisy